piątek, 15 maja 2015

Pewnych rzeczy nie uświadczę na Filipinach


Po mału nachodza mnie przemyślenia z czego będę musiała zrezygnować wyjeżdżając na Filipiny.I to na pewno będą truskawki.Nie żeby to była jakaś tragedia bo zastąpię je innymi owocami równie pysznymi,ale jednak...jakoś szkoda.
Zrobiłam dziś właśnie Truskawki w winegrecie z balsamico i serem Brie z bazylią.I to z tajską bazylią.Rózni się od tej naszej rodzimej.Jak widać na zdjęciu listki są bardziej wydłużone a w smaku jest delikatniejsza za to ma delikatny posmak anyżku.Co prawda nie przepadam za anyżkiem szczerze mówiąc ale wiedziałąm,że w połączeniu ze słodko-kwaskowym winegrecie balsamicznym powstanie wyjątkowy smak.I tak też było.Ser Brie nabrał wyjątkowego smaku w połaczeniu z tajską bazylią a same truskawki były wyborne.
Taka zabawa smakami to moja pasja i jak już wcześniej wspominałam kocham gotować i byłabym szczęśliwa móc pozwolić się delektować moją kuchnią moim gościom na Filipinach.



Czego jeszcze będzie mi brakować na odległej wyspie?Niewątpliwie wygody wszechobecnych supermarketów gdzie można kupić od ręki co tylko właśnie potrzeba.Czy to cokolwiek ze słodyczy czy nawet mleko czy chleb.Bez przesady i na małych wyspach są jakieś sklepiki gdzie można pewnie kupić cokolwiek.Z pewną taką dozą niepewności o tym myślę.Człowiek będzie musiał stać się bardziej samodzielny i zadbać o zapasy.To będzie wielkie przedsięwzięcie.
Jak na razie wciąż leniwie leżę na kanapie w spokojnym europejskim mieszkaniu.Słyszałam ostatnio,że aby na Filipinach pokonać 250 km odcinek drogi potrzeba 7-8 godzin.Pewnie z knieczności przemieszczania się z wyspy na wyspę drogą morską.
Czasem zastanawiam się czy na pewno wiem na co się porywam.Takie mysli nachodza mnie jednak tylko wtedy kiedy leżę sobie spokojnie w zaciszu domowym,gdzie nikt nie działa mi na nerwy i zapominam czego mam po dziurki w nosie.Jutro do pracy na przykład muszę iść i na samą myśl o widoku niektórych twarzy aż odechciewa mi się wszystkiego.Muszę jednak to znosić.I będę musiała wykonywać cały dzień moją pracę.Muszę czyli nie mam wyboru.Trzeba zarobić na tyle rzeczy.

czwartek, 14 maja 2015

Wszystko wskazuje na to,że marzenia się spełniają


Wszystko wskazuje na to,że marzenia się spełniają.Zawsze marzyłam o własnej restauracji a szczytem marzeń był choć własny pensjonat z moją kuchnią.Okazuje się,że może być tak,że mogę mieć część wyspy z małym resortem turystycznym :)Tam mogłabym dać upust do tworzenia potraw.Kocham niekonwencjonalne kuchnię i potrawy i podawanie ich gościom do kosztowania.
Chcę się podzielić sałatką z mojego bloga kulinarnego "Sztuka gotowania w/g Samiry" jaką ostatnio przygotowałam.
Przybraniem jest jadalną lilią jednego dnia.
Przyuważyłam,że ostatnio panuje coraz wyraźniej moda na jadalne kwiaty i można je kupić paczkowane w marketach.Królem wszystkich jadalnych kwiatów są oczywiście bratki.Mocno zdziwi się każdy kto nie wie ile tak naprawdę jadalnych kwiatów jest i ile być może mija sam na co dzień.


Uwielbiam łaczyć i tworzyć nowe smaki i cudowne kompozycje składników.Takie jest moje marzenie by móc tak kiedyś podawać moim gościom na Filipinach.
7 tysięcy wysp i wybierz tę jedną na której chcesz osiąść.Jak to zrobić bez wyrzutów sumienia,że każda kolejna mogłaby być jeszcze piękniejsza?Nie da się.Na razie największe szanse ma wyspa Bantaya.
To byłoby cudowne żeby w końcu w moim życiu zaczęły się spełniać marzenia.Nie pragnę wiele.Tylko czuć się wolna i móc utrzymywać się z pracy którą kocham.Czy to wiele?

środa, 13 maja 2015

Czy tak będzie wyglądać moje nowe podwórko??

Czy tak będzie wyglądać moje nowe podwórko??Bardzo chętnie.Choćby już teraz.Coraz bardziej gilgocze mnie ta myśl,że dam sobie taką szancę.
Bo ilu ludzi zastanawiało się nad tym ile rzeczy w naszym życiu zależy wyłącznie od nas samych?Mamy wybór a nie podejmujemy żadnych decyzji.Ja daję sobie szansę zmienić w moim życiu tego co mi się nie podoba na to co bym wolała.
Ciężko zdać sobie sprawę,że sami siebie niewolimy z powodu kilku mebli które zgromadziliśmy w jednym miejscu czy kilku szaf ubrań.Przywiązanie do miejsca jest spowodowane bardziej niemożnością zabrania tego całego majdanu ze sobą w nowe miejsce niż sentymentem do samego miejsca.No i strach przed nieznanym często paraliżuje odwagę by cokolwiek zmieniać.Dom jest tam gdzie go sobie stworzymy.Pozostawienie rodziny i bliskich to inna kwestia.Jednak zmieniając miejsce na ziemi nie pozostawia się rodziny lecz odległość pomiędzy pomiędzy naszymi domami.

Gadu,gadu a sama mam ten dylemat co zrobię z całym moim nagromadzonym "dobytkiem" kiedy na dobre podejmę decyzję zamiany mojego gniazda na nowe.Są jeszcze dwa małe kredyty do spłacenia i przeogromna ilość rzeczy którym jak się przyjrzę zastanawiam się czy faktycznie potrzebne mi są do szczęścia.Większość z nich nie miałam od miesięcy a może i lat nawet w dłoniach.Po co je gromadzę więc?Mogłam podzielić się z kimś innym komu bardziej by się przydały.Mam więcej wszystkiego niż mi potrzeba.Po co mi tyle garów zastanawiam się.Samych długopisów mam chyba z 15 sztuk.Nie wypiszę ich przez najbliższe lata.A ta przeogromna ilość ubrań?Zabrakłoby mi czasu by to wszystko schodzić chyba do końca życia.
Zacznę to wszystko ogarniać i redukować bo z przerażeniem stwierdzam,że większość będzie mi już nie przydatna.Buty....o rety,ileż ja mam butów.Po co?Bo ładne.Kilka par kupionych parę lat temu raz miałam na nogach.Głupota.Trochę boli świadomość,że wszystkie zimowe rzeczy będą mi już zbędne a bardzo lubię grube przytulne swetry i kozaki z wysokimi cholewkami których też mam nie wiadomo ile par.
A tam.Musze zrzucić z siebie ten balast.Na Filipinach jest ciepło przez cały okrągły rok.Ileż ubrań będzie mi potrzeba na wyspie aby okryć tylko nagość a nie po to żeby się "obwiesić" czy "wystroić".W końcu chodzi o stan ducha a nie stan posiadania.
Coraz bardziej bliska jest mi świadomość,że się odważę i wyrwę.


wtorek, 12 maja 2015

I chciałabym i boję się


Kto by pomyślał,że będę rozważać tu i teraz wyjaz z Europy.Co prawda siedzę w tej chwili w moim wygodnym i przytulnym mieszkaniu które zresztą bardzo lubię i znam dokładnie moją przyszłość na najbliższy miesiąc.Praca,dom,praca,dom i praca....,ale za około miesiąc wsiądę w samolot i polecę wybadać nowe podwórko na ziemi azjatyckiej.Filipiny są miejscem dokąd się udam przeznaczając najpierw urlop.Przekonam się czy jedna z tamtych wysp zostanie moim nowym domem.
Zawsze odczuwałm dyskomfort stanu w jakim się znajduję.Nie żeby mi czegoś brakowało do szczęścia,ale nużyła mnie zawsze przeciętność i miernota jaka mnie otaczała i brak wyjścia z tej sytuacji.Zawsze czułam,że nie jestem na swoim miejscu,że powinnam być gdzie indziej,że to co mnie otacza to stan przejściowy.Ciężko to wyjaśnić.Czułam,że na coś czekam i że coś się w przyszłości wydarzy.Pragnęłam wyrwania się z systemu pełnego nakazów i zakazów.Europa staje się miejscem na ziemi gdzie mało rzeczy już można zrobić bez przekraczania jakiegoś prawa lub nakzu.Jakby wolny człowiek przestawał być naprawdę wolny w wolnym kraju jaki mieszka.

Rutyna dnia zawsze mnie dobijała i przymus bycia tam gdzie wcale nie chcę być był wręcz cieleśnie bolesny a ostatnio coraz bardziej wyraźnie.Ileż razy pragnęłam móc po prostu sobe pójść a wręcz odejść w swoją stronę byleby niczego nie musieć.Nie żeby nic nie robić,nie.Po prostu żeby nikt odemnie nic nie chciał i nie oczekiwał.Siedząc w pracy zastanawiam co ja tam robię.No tak to oczywiste.Zarabiam na chleb i dach nad głową.Na więcej ciężko liczyć bo plany na wybudowanie nowego domu lub stworzenie własnej firmy zawsze rozbijają  się o prozaiczny brak pieniędzy.A przeciez człowiek całe życie tyra.I gdzie te pieniądze?System wysysa z człowieka każdą złotówkę byleby uczciwie nie dorobił się za dużo.Podatki.I to jest cały sens życia????Nie.Jestem zbyt niepokorna i zbyt świadoma,że nie po to człowiek przychodzi na świat.Beztroska by niczego nie musieć powinno być przywilejem człowieka a nie nagrodą.To byłby piękny stan ducha.Takiego komfortu potrzebuję do szczęścia.
Dlatego padło na Filipiny.Tam spróbuję stworzyć mój azyl na wyspie by móc się nim dzielić z innymi.Bo nie chcę być sama,nie,nie.Otworzyć choćby mały resort turystyczny i oddać się mojej kulinarnej pasji.Tworzyć smaki i obdarzać nimi odwiedzających mnie podobnych do mnie gości poszukujących odrobiny oddechu w życiu.

Tak zaczyna się moje dojrzewanie w decycji by odciąć pępowinę od Europy i dać się zaadoptować przez Azję.
Decyzja jest jeszcze w powijakach.Faktem jest,że to będzie chyba najodważniejsza decyzja w moim życiu,Chcę zostawić przecież wszystko czyli pracę,pozbędę się domu i wszystkiego co w Europie daje człowiekowi poczucie bezpieczeństwa.A tak naprawdę jak pomyślę to przecież nikt mi nic nie daje za darmo i ot tak sobie.Przecież to bezpieczeństwo jakie mam i czuję sama sobie tu stwarzam cieżko pracując i dbając o moje potrzeby.To samo mogę robić gdziekolwiek indziej przecież.
Dojrzewam.Jako kobieta po 40-ce nie mam się na co oglądać.I wolę teraz podjąć szaloną decyzję niż na starość żałować,że przepuściłam życie przez palce analizowaniem "co by było gdyby".
Natura,otwarte morze,biały piasek,zieleń i palmy,ludzie nie liczący czasu i ja w białej sukienuni,bose stopy,rozwiane włosy i owszem lampka rumu z woda z kokosa i .....beztroska świadomość,że nic nie muszę.